I jak to się zaczęło (1)
Zaczęło się od pierwszego wyjazdu. A ów zaczyna się na Słowacji, gdzie spaliśmy w gromadzie większej i zmotoryzowanej, której ważną, wręcz kluczową część stanowi Ona-pani-kierowniczka (pierwszy motocykl, Honda pierwszy rok prawka, pierwsza wyprawa moto 3000km w dwie strony-CO TEŻ MOŻE PÓJŚĆ NIE TAK???) , oraz fakt, że byliśmy wszyscy w innym punkcie naszego życia, więc….
Słowację opuszczamy bez żalu i bez deszczu, zostawiamy za sobą kościół adwentystów, który udzielił nam schronienia (logistyka noclegów nam ciutkę przyklękła) i przymilne kocisko, które okupuje dotąd motocykle a kiedy to nie daje oczekiwanego rezultatu przez okno włamuje się do pokoju. (Potem Pani Słowaczka powie nam, że „jak się kot podoba, bierte na motorki”) Kot (mimo negocjacji) zostaje i obieramy azymut na austriacką granicę. Póki co, nie pada, ale nabieramy przekonania, że liczne zjazdy na pobocze na słowackich (a potem austriackich autostradach) wymyślił geniusz. Echo powtarza za nami, że „nie daje rady”, a połowie wycieczki co rusz kończy się benzyna. Kto by pomyślał, że honda żre jak czołg.
W międzyczasie uczymy się rozlicznych samoobsługowych urządzeń, udając, że posługiwanie się nimi jest naszą drugą naturą i że w domu też tak mamy. Nie mamy, ale wiochy robić żal. Kilkakrotnie nadrabiamy robiąc wiochę na poboczu, przebierając się co rusz w ubrania przeciwdeszczowe lub, w razie potrzeby zrzucając je zmysłowo w rytmie przejeżdżających tirów. Ostatecznie porzucamy okrycia stojąc na ogromnym parkingu przed wielkim masywem, to taki pierwszy raz. Następuje uroczyste wyjęcie aparatu połączone z serią radosnych pisków i zachwytów. Naszych i bardzo licznej rumuńskiej rodziny, która nie wiedzieć czemu tez przybyła watachą na tenże parking. Na rzeczonym parkingu uruchamia się dusza górala nizinnego, zastygam, rozszerzam pory ciała, unoszę nos do wiatru -tak…będzie padało. Przepowiedni spotyka się z szeroko pojętą ignorancją.
Nad nami świeci słońce, białe obłoki płyną, tam, gdzie już byliśmy, natomiast tam gdzie jedziemy niebo powoli wypełnia się ołowiem.
Przebieramy się po kilku kilometrach bo leje jak z cebra.
Alpy, Alpy nad nami, Alpy przed nami, my w Alpach, jasna cholera nie dość ,że deszcz to góry wszystko zasłaniają. Przed 16tą rozpada się na dobre, zatrzymujemy się na kolejnej stacji:
-Wiesz, że jak ruszam nogą, tak o….-przechyla buta do przodu- to mi się tam w środku woda przelewa?
Wiem, w międzyczasie przetestowałem wodoodporność butów (przekraczając maximum) jak również kombinezonu (CZY JAK TO SIĘ TAM ZWIE). Urządzamy też zawody w tym, kto wyciśnie więcej wody z rękawic nie zdejmując ich z dłoni. Wyniki są imponujące. Chłoniemy hektolitry wody, Austria nas nie lubi i nie kryje się z tym.
Historycznie wzruszamy ramionami: bo niby kiedy w historii nas Austria lubiła?
