Tak to się zaczęło (2)
Tego wieczora zostaję mistrzem kuchni, wie ktoś na sali, że mężczyźni mają TE umiejętności :”ach i och ależ gotujesz” gdy głodni? No to już wiecie. Nie jakieś przaśne kiełbasy, prowincjonalne zupki, pretensjonalne kanapki, bynajmniej. Pierożki ravioli w sosie pomidorowym. O! Jako luźne nawiązanie do celu podróży połączone z poznawaniem kuchni a co za tym idzie poszerzaniem horyzontów myślowych i wyrażaniem otwarcia się na świat. Tak? No! I to wszystko bez kuchni, której na kwaterze do dyspozycji nie było. Świeżutkie.
Wprost z puszki!
Powoli uczę się patrzeć na Suzę przychylniej, przymiotnik „powoli” jest jak najbardziej na miejscu, bo przypinanie jej wszelkich gadżetów wciąż zajmuje dużo czasu. Ale, jak tak spojrzeć na nią z boku to już nie gruba baba ala karoca Ludwika VI. Na Grossglockner przekonujemy się, że uroda Austriaczek jeśli nie dorównuje urodzie Niemek to znacznie ją przewyższa. (nie ustalono jednak w która stroną). Dostaję stosowny bilet i gustowną naklejkę i pani z okienka żegna nas głosem, który przeciętnemu Polakowi kojarzy się z filmami o drugiej wojnie światowej. Tonacja między Hansem a Helmutem (z tychże filmów), odjeżdżamy zanim pani otworzy ogień. (nie to,żeby stereotypy implikowały poczucie lęku).
Droga wije się, skręca, zawraca, zawija, co rusz zatykają się uszy. Zatrzymujemy się na zdjęcia, bo warto i bo tak. Fotografia co nieco wydłuża podróż, ale jakoś prawie nikt nie protestuje..na razie i prawie. Chmury tną Alpy na warstwy i wygląda to trochę jak tort. Kierunek bike point. Drogę w międzyczasie zdominowały do reszty motocykle, jeszcze, gdzie nie gdzie pojawiają się stare auta, ewentualnie owce, ale zdecydowanie najwięcej dwukołowych różnej maści. Na górze widoki…byłyby, gdyby chmury ich nie zasłoniły. Każdy, kto jeździł w kapryśną pogodę w górach wie, że wjechanie w chmurę jest czymś na kształt pomieszania zimy z paskudnie mokrą mgłą- nagle robi się potwornie zimno. Pokonuję X zakrętów i Y chmur, na górze trochę widoków i sporo mgły. Z punktu widokowego kręcę się wokół własnej osi strzelając to i owo.
-To nasze?-pytam wskazuję palcem na OPAKOWANIE ????? z tangbaku, które szybuje ruchem dostojnym obierając azymut ponad alpejskie przełęcze. Jest szybszy niż błyskawica, łapie skurczybyka właśnie wtedy, gdy wybiera się nad gwałtowny spad. Jest południe, pora co najmniej właściwa, żeby opuścić niegościnne pogodowo Alpy. Wyjazd z każdej chmury jest jak wyjście z czyśćca nagle ogarnia światło i uderza feeria kolorów.
Tunele – kolejne – dłuższe i krótsze, hipnotyczny ruch świateł i huk wentylatorów.
Pogoda poniewiera nami kolejny dzień i gdy wydaje się, że nie ma widoków na poprawę wita nas tablica z napisem Italia. Ha! Teraz będzie ciepło i będą rosły palmy i nic, absolutnie nic nie zabierze nam sierpniowych włoskich temperatur.
Winnice, góry, które rosną w oczach, znów winnice, urokliwe miasteczka, zbocza niewyobrażalnie wysokie. Kto teraz zabierze nam ciepło nocy w Italii?
A wiecie, ze w takiej Italii to nocą pi… jak diabli?
Do tego ciągle pada. Robimy odcinek Cortina-Misurina-Cortina. Nasila się zjawisko „niedawaniarady” potocznie zwane upierdliwością. Lądujemy w Cortinie na Olimpii. Deszcz leje, zapoznajemy się powoli z rozbijaniem ultra odpornego nań namiotu. Ale jakby nie przeklinać deszczu trzeba oddać rację włoskim campingom. Są niewiarygodnie czyste, w łazienkach mają mydełko dave (strach pomyśleć jak krótki byłby jego żywot na polskim polu namiotowym), a do tego jakiś mądry Włoch (niewykluczone, że był to Da Vinci) wymyślił suszarki za 4 euro.
Najlepiej zainwestowane pieniądze wyjazdu…
Geniusz…geniusz prawdziwy. Suszymy wszystko, co jest mokre, z wyjątkiem kurtek, co do których istnieje obawa, że byłyby potem w rozmiarze mikro.
Jesteśmy jedynymi Polakami na campingu- może dlatego jest jeszcze Dave i pralek nie ukradli…
Jeszcze.
