Ten post ma (ukrytą) dedykację

-Taki by nam wystarczył na wakacje-mówi eS rozmarzony gdy mijamy bylejakmałego kampera, w którym na pewno byśmy się z niczym nie zmieścili.

Po plecach przebiega mi dreszcz niepokoju pomieszanego z lękiem.

-Byśmy się znienawidzili po tygodniu na tych trzech metrach kwadratowych!

-E tam.-odrzecze eS a mi dreszcz się nasila i dochodzi do niego impuls autentycznego strachu- my nie lubimy allinclusivów.*

Zamyślam się.

Szczerze mówiąc ma trochę racji, choć nie powiem,żebym intensywnie trenowała wakacje z pełną obsługą. Ale żebym od razu nie lubiła…?

Takie rzeczy wynosi się z domu. Podobno… wierząc tej idei muszę nadmienić, ze w harcerstwie nie byłam. Jeśli nie liczyć zuchów, w których to w socjalistycznej Biało-Czerwonej musieli być wszyscy. Tam byłam. Słabe wspomnienie Druhny Iwonki, która zamiast wyrabiać we mnie zaradność, pomysłowość i umiejętności surwiwalowe wyrobiła przekonanie, że nigdy nie chcę być taka jak ona.

Powolna.

Poooowolna…

Powolniejsza niż wszystkie winniczki świata…

Królowa winniczków rzec można.

W mundurku.

Zatem harcerstwo nie rozbudziło we mnie głodu spania w namiocie, nocnej warty, śpiewania przy ognisku i przebieranek .

Zamiłowanie do gór ogarnęli Rodzice, z którymi od wczesnych lat pieluchowych jeździłam po Beskidach i jadłam konserwę turystyczną (Jeden Pan Bóg wie Z KOGO/CZEGO?) Ich z kolei prawdopodobnie nauczyli tego dziadkowie (którzy powtarzali, że „trza w życiu umieć jeździć konno, pływać i strzelać”-co też wiele w moim życiu tłumaczy).

Wracając (do brzegu) nie uprawialiśmy turystyki z wygodami. Raz jedyny byłam na wczasach z rodzicami, reszta to wyjazdy, o których można było mówić różnie, acz na pewno nie allinclusive.

Zresztą…z wyjazdów zagranicznych to ja pierwszy raz byłam na Słowacji niedługo po tym jak przestała być Czechosłowacją, więc o czym tu mówimy?

Do drugiego brzegu. Kiedy zaczęliśmy wyjeżdżać sami (już jako całkiem duże dzieci) okazało się, że bardziej cenimy to co możemy zobaczyć niż np. to czego możemy skosztować w lokalnych restauracjach, tawernach, barach, i za co płaci się jak za zboże. Nie to, żebyśmy w pogardzie mieli lokalne jedzenie. (Czy któreN jeden na sali próbował na ten przykład niedźwiedzia?) Ale jednak gdy mamy oszczędzać to na tym zakresie. *

*

Druga sprawa jak już gdzieś wbijemy, to zwykle większość budżetu pożera jeżdżenie. ES na d. nie wysiedzi, eSa niesie, jedźmy tu, jedźmy tam, jak już jesteśmy w Dolomitach to pojedźmy na Stelvio, a jak już byliśmy to sobie Wenecję zróbmy, i nic, zdecydowanie NIC go nie zatrzyma. (Poza gradobiciem pod Weroną przeliczonym na ponad 1200 punktów do blacharki).

No i trzecie, najważniejsze. (Nie)stety jesteśmy nieokiełznani godzinowo. Żaden posiłek na czas czy rytm wycieczek fakultatywnych tego nie zmieni. Sami robimy fakultety i sami je ogarniamy w swoim tempie (bynajmniej nie zbieżnym z tempem Druhny Iwonki).

Ten post nie powstał przypadkowo, stanowi on swego rodzaju przesłanie 😃😃😃😃😃

I nie zrozummy się źle, wszystkich Allinlcusivów szanujemy i kto wie może kiedyś tacy będziemy, ale jeszcze nie teraz.

*Kamper jednak zdecydowanie nie. 😃

*Zdjęcie wrzucił eS, to unikatowe bo żeby rzucał mięsem to on się musi mocno wkur… ale to mięso niedźwiedzia to można 😁 i nie ma tam nic o defekacji…to język rumuński po prostu😁😁😁
*Pamiętajmy jednak, że bywają sytuacje, gdy na autostradzie okazuje się, że bramka nie przyjmuje kart i wtedy tyłek ratuje Ci zbiórka po kieszeniach oraz poduszka finansowa w wysokości 20 eurocentów spod fotela.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *